2 w 1, czyli pseudobajka

Od rana przemierzałam szwedzką świątynię designu ze swoją klientką.

Jeździłyśmy tam od dwóch lat w tej samej sprawie, oglądając, inspirując się, analizując, porównując, zastanawiając się, projektując, zmieniając zdanie, robiąc wyceny i przerabiając kolejne układu funkcjonalne – dwa lata pod tytułem PROJEKT KUCHNIA.

Jak nam szło?

Powoli. Niesłychanie powoli. Już dawno pogubiłyśmy się w ilości wizyt, bo klientka najpierw nie była zdecydowana, czy już czas na remont. Nie była też pewna, czego chce. Wyszłyśmy od klasyki, ale szybko okazało się, że klasyka to za mało, więc proces trwał… Potem szkoda jej było pieniędzy, następnie zapomniała kompletnie o tym, że chciała nową kuchnię.

Proces wreszcie zaczął nabierać tempa, kiedy w starej kuchni zaczęły odpadać fronty z zawiasami i nikomu nie chciało się już ich naprawiać. Czarę przelały stosy rzeczy nie mieszczące się w szafkach. W tym momencie klientka odważnie ruszyła z tematem, zaczęły pojawiać się zmiany i decyzje, aż wreszcie wykrystalizowałyśmy rozwiązania projektowe.

Uff, bo już zaczęłam się zastanawiać, czy na pewno nie mam na drugie Syzyf… Któregoś dnia okazało się, że jutro rano działamy. Co prawda ferie zimowe w pełni i właśnie jedno dziecię wróciło z obozu, ale klientce udało się ulokować pociechy w bezpiecznych miejscach, więc mogłyśmy jechać. Tak! Czy jutro naprawdę miał nastać TEN dzień? Dzień PIN-u?

Dzień PIN-u

8:20. Jedziemy przygotowane jak nigdy dotąd – znamy odpowiedzi na 99,9% pytań. I obie jesteśmy zakochane w butelkowej zieleni! Mój architektoniczny umysł jest w stanie nirvany – wszystko było jasne, klientka spokojna, a projekt dopracowany.

Pod sklepem kilka aut – większość szalała tu w piątek i sobotę. I odwieczne pytanie podczas zamawiania mebli kuchennych w szwedzkiej świątyni designu – jak długa będzie kolejka? Bo że będzie to pewne. I co? P U S T O. Brak kolejek do zamówienia w TYM sklepie! Jesteśmy 3h do przodu! Tym razem przepomocny pan sprawnie układa obudowy, fronty, uchwyty, panele i blaty zgodnie z moimi wytycznymi. Wątpliwości rozwiewane na bieżąco, mikro problemy rozwiązywane tu i teraz. Tempo jak na szybkiej dyszce po asfalcie w szczycie formy. I pytanie ostateczne – ile? Tyle. Pasuje! Gong! Udało się!

Przed strefą PIN-u nie obyło się bez nagrody typu kawa-ciacho. Opadłyśmy na miękkie fotele, żując pyszną tartę, popijając cappuccino i pożerając oczami elementy wystroju kafejki. To się naprawdę wydarzyło?

A potem nastąpił powolny tryumfalny pochód do mety – z satysfakcją rozglądając się na boki. Strefa PIN-u machała do nas z daleka i witała z szerokim uśmiechem… I jeszcze szerszym po zobaczeniu kwoty końcowej. Ale co tam! Dwa lata, jakieś 17 wizyt w szwedzkim centrum designu i MAMY TO!

2 w 1

Czasami dzieje się tak, że występujecie w dwóch rolach – jak ja dziś. Po raz pierwszy miałam taką przyjemność. Ja – architektka, właścicielka pracowni INOUT i ja, Kaśka – klientka. Dziś sama ze sobą finalizowałam projekt kuchni. Podwójne wyzwanie  – sprawa poważna, bo zakończona kilkoma zerami.

Co więcej, klientce towarzyszył mąż. Niestety miał wiedzę z tej dziedziny i swoje zdanie, jednak był już w tym szczególnym stanie psychicznym, w którym płynnie i bez sprzeciwu przechodzi się z minimalizmu w barok, byle tylko wreszcie zamówić meble. Z panem mężem poszło gładko.

Na serio

Jaki jest morał z tej pseudobajki? Po pierwsze – ciekawie wczuć się jednocześnie zawodowo w dwie role. Można się wiele nauczyć, w obu przypadkach od siebie. Po drugie – załatwiajcie takie sprawy w szwedzkiej świątyni designu w poniedziałek rano, nigdy w weekendy. Po trzecie – trudniej projektować dla siebie. Finansowo też się nie opłaca. Po czwarte – mam pokłady cierpliwości, o które bym się nie posądzała. Po piąte –  nie jest łatwo być klientem.

 Dlatego oficjalnie i z wielką satysfakcją czapki z głów przed Wami dzisiaj, moi Klienci – za każdy szczegół, wypowiedzianą potrzebę, uwagę i dialog, które umożliwiają mi konstruktywną pracę nad Waszym projektem. Na początku naszej współpracy pytania zadaję głównie ja, a Wasze odpowiedzi stanowią rdzeń przyszłych propozycji. Nie jest łatwo podejmować decyzje, wybierać, często ufać architektowi na słowo i wierzyć, że efekt końcowy będzie satysfakcjonujący. Nie jest łatwo też rozumieć, czego się chce, kiedy wiele mediów bombarduje przykładami i reklamami. Ale warto, bo projektowanie wnętrz ma to do siebie, że w efekcie ze wszystkich obejrzanych reprodukcji, brył, grafik, planów, stylów, trendów, ze wszystkich skojarzeń, wyartykułowanych potrzeb, pojętych możliwości i gustów za każdym razem buduje się coś nowego i po raz pierwszy – tak powstaje Wasza przestrzeń. I Wy, drodzy Klienci, macie ją na własność. Najczęściej w jednym egzemplarzu na świecie…

A teraz mówka motywacyjna…

Decydując się na współpracę projektową, mówcie śmiało i jasno, co Wam się podoba, a co nie. WAM. Myślcie tylko o sobie i Waszych współdomownikach. Mówicie, czego potrzebujecie. Mówcie, o czym marzycie i czego nie lubicie. Od razu komunikujcie, co na pewno nie przejdzie. Miejcie odwagę w swoich pomysłach iść śmiało przed siebie, wbrew stylom i trendom.

 Na pewno nie warto traktować czasopism i portali branżowych jak wyroczni, a popularnych stron w necie jak kopalni gotowych rozwiązań. One są tylko inspiracją, niekoniecznie do Was pasującą. To opcje, nie mus. Bo projekty Waszych wnętrz to samolubny poligon. Wasz poligon. I taki ma być. Wasze domy i mieszkania mają podobać się głównie WAM.

Nie musicie stosować standardów, możecie mieć własne. A jeśli nie wiecie do końca, czego potrzebujecie, szczerze rozmawiajcie z projektantem. Jeśli potrafi słuchać, pomoże Wam to odkryć. Wtedy projektowanie będzie przyjemnością, a efekt satysfakcjonujący. Jak mawiają Szkoci (chyba) – mój dom, moja twierdza!

A jak będzie wyglądać kuchnia?

Za tydzień do klientki trafi ponad 100 pudeł, a w nich meble kuchenne, z których powstanie układ równoległy. Swobodny dostęp do okna pozwoli wygodnie drzeć się latem na całe gardło, wołając po zmierzchu dzieci do domu. A wcześniej pojawi się na parapecie skrzynka z ziołami. Szafki o głębokości 60 cm będą miały fronty w kolorze butelkowej zieleni. Ten kolor to słowo-klucz. Butelkowa zieleń to nowy szary. Tworząc optycznie kształt litery L, będzie dominantą w kuchni. Płytsze szafki będą w kolorze śmietany, co nada wnętrzu lekkości. Całość dopełnią dębowe blaty i gustowne oświetlenie. A potem pojawią się pop-artowe taborety.

Kuchnia będzie dostępna dla mieszkającego w domu przedszkolaka. On będzie bardziej samodzielny, a rodzice i siostra mniej zajęci. I wreszcie pojawi się porządny kawał blatu, na którym będzie można razem wyprawiać kulinarne czary…

P.S1. Na koniec chcę powiedzieć wyraźnie, że opisany model współpracy jest biegunowo odległy od optymalnego i szczerze niepolecany. Naraża na szwank zdrowie obu stron i daje małe szanse na happy end.

P.S2. Małe szanse, abym w swoim zawodowym życiu spotkała trudniejszą klientkę od siebie samej. Ta świadomość mocno mnie uspokoiła, jednak następnym razem muszę sama sobie pozwalać na mniej, bo przy kolejnym wnętrzu architektka zwolni klientkę…

Szerokich horyzontów w projektowaniu wszystkim życzę.

Samych przyjemności! Kaśka

Masz jakieś pytania?

POTRZEBUJESZ WIĘCEJ INFORMACJI?

Napisz. Zapraszam do INOUT.

2020-01-21T10:50:10+00:00

Dzień dobry

Serdecznie ZAPRASZAM do wizyty na blogu.  Artykuły będą pojawiać się regularnie.

Masz pomysł na wpis? Wszystkie sugestie dotyczące przyszłych tematów mile widziane.

Ostatnie posty