Idź pod prąd, czyli kuchnia unplugged

Pamiętacie moją kuchnię? Tę samą, którą wymyślałam dwa lata, w kolorze butelkowej zieleni? Tę, którą składaliśmy dwa tygodnie? I tę, którą zlekceważył kłamczuch-gazoman? Ta właśnie kuchnia miała w ostatnią sobotę dostąpić zaszczytu uroczystego otwarcia, totalnego końca remontu, a ja zaznać poczucia absolutnego spełnienia.

CZĘŚĆ I

Co poszło nie tak?

Jest sobota, sobota kończąca remont, sobota ostatnich niewielkich już prac, jedna z tych sobót, kiedy wstajesz i czujesz boską iskrę. Listwa nad blatem? Jest. Deski na ścianie? Bach! Są. Szuflada na torby i siatki. Mówisz-masz. Dziś nie ma rzeczy niemożliwych! I kiedy zostaje już tylko pomalowanie sklejki, a Ty jesteś już myślami w wannie…w domu pojawia się wąż. Najpierw syczy w skrzynce z bezpiecznikami – krótki, cicho. Pewnie to nic. Ale za chwilę gdzieś głęboko pod warstwami ściany syczy już cały kabel kuchenny. I boom! Nastaje cisza i ciemność. Zegar w piekarniku gaśnie, lodówka przestaje mruczeć, światło pod szafkami znika. Serce w piersi na chwilę zamiera. Zimna, złowroga cisza. Byłoby słychać przelatującą muchę, gdyby to nie był luty. I wtedy w ciemności słyszysz męskie „no żesz ku**a!”. I już wiesz, że limit został przekroczony. Chodzisz, patrzysz, wąchasz, stukasz, pukasz, przełączasz. No nie ma! Prądu nie ma!

Witamy w wiekach ciemnych

Całą noc spałam w ubraniu, mając obok telefon ze wszystkimi możliwymi numerami alarmowymi, a obok torbę z niezbędnymi do przeżycia w pierwszych dobach po kataklizmie rzeczami (dokumenty, karta, kluczyki, dysk z projektami). W mojej głowie prawdopodobieństwo wybuchu pożaru w związku z awarią instalacji było ogromne. W głowie pana męża problem nie istniał, chrapał całą noc jak dziecię. Rano okazało się, że pan mąż miał rację, a ja powlokłam się na bieganie z E., aby wywietrzyć łeb z durnych koncepcji.

W niedzielę również nie spłonęliśmy, natomiast zaczęłam rozważać sprzedanie wszystkiego i wyjazd gdzieś jak najdalej od cywilizacji, ewentualnie wzięcie astronomicznego kredytu i zbudowanie bezawaryjnej chaty – najlepiej dziś.

Aż nastał poniedziałek

Właśnie minęła 11, pan elektryk lata po domu, szukając tajemniczego zera i odpowiedzi na brak prądu w kuchennych gniazdkach. Między łazienką a kuchnią ciągnie się od soboty autostrada złożona z 3 przedłużaczy, bo lodówka musi przecież działać. W tym momencie życia uważam, że elektrycy to najwspanialsza grupa zawodowa na świecie, ponieważ po pierwsze jeden z nich pojawił się u mnie 1,5 h po telefonie, a po drugie wydaje się, że wie, co robi. No i wygląda jak Frodo Baggins na emeryturze…

Pamiętacie ten tekst z piosenki Kazika „Pieść solidarności bluesmanów? – „(…)Jest godzina 1:25. Prądu nadal nie ma, pan od prądu mówi, że jeszcze ze 3h. Siedzimy i pijemy(…)”. Siedzę, ale nie piję, a pan od prądu jeszcze nic nie mówi. Bogini! Jak ja na niego liczę! Puściłam mu nawet „Stairway to heaven”- dopingująco…

To jednak nie Frodo

To Gandalf polskiej elektryki. Ma swoje magiczne różdżki, które świecą, wydają tajemnicze dźwięki, mówią mu o czymś. Wspina się co chwila do innej puszki, na szyi zwisa mu niczym boa tajemniczy kabel, który beztrosko wtyka w kontakty. Ma siwe kręcone włosy, wyśpiewuje pod nosem jakieś ciche zaklęcia, na głowie jarzy mu się czołówka niczym magiczna kula energii. Jak tylko uzdrowi mój prąd, przyćmi tym pokonanie wszystkich sił Mordoru z Sauronem na czele. Martwi mnie tylko, że zaczyna sapać z tym charakterystycznym długim wydmuchiwaniem powietrza zwiastującym rosnącą frustrację… Obecnie walczy z najgorszą puszką – z dziury w ścianie wystają poskręcane ramiona kabli i próbują go chwycić. Gandalf, nie daj się!

Pół godziny później polubiłam gościa zupełnie, bo postawił diagnozę – trzeba uzdrowić zero, bo to ono jest przyczyną problemów. Spierdzieliło kilka lat temu i nikt nie umie go znaleźć. Jutro przywiezie z firmy sprzęt do poszukiwania kabli w ścianach, aby znaleźć dwie niewidzialne póki co puszki i rozwiązać problem! Mógłby załatwić sprawę od ręki i zrobić obejście, ale to jego zdaniem straszna fuszerka. Gandalfie, szanuję Cię, magiku!

Dygresja_1

Od soboty w domu nie istnieje czas. Piekarnik z zegarem nie działa i nikt nie wie, która godzina. Tym sposobem M. spóźniła się do szkoły, a ja wciąż szukam telefonu albo patrzę w laptop. Kiedyś było pod tym względem luźniej – ludzi interesowała pora dnia, a nie konkretna godzina. Patrzyli na przyrodę i wiedzieli. Ja patrzę na ciemny wyświetlacz i nie wiem.

Dygresja_2

Pewnie już to słyszeliście, ale warto taką prawdę wbić w mózg jak cyfry PIN-u i powtarzać aż do absolutnego zrozumienia – CAŁĄ instalację elektryczną wymienia się ZAWSZE podczas remontu, zwłaszcza po kupnie nieruchomości UŻYWANEJ. Kropka. Bez „ale”. Opinie fachmanów w stylu „Eeee, jest jeszcze dobra”, „Wytrzymała 50 lat, wytrzyma drugie tyle” albo „Widziałem gorsze” ignorujemy i kategorycznie żądamy NOWEJ.

CZĘŚĆ II

Kuchenna saga trwa.  Kłopoty instalacyjne nie mogą przesłonić jednak prawdy głównej – kuchnia istnieje, działa (prawie) i bardzo cieszy. I chociaż przychodzi nam płacić za brak doświadczenia sprzed dekady, kiedy pozwoliliśmy sobie na wymianę tylko część instalacji (patrz Dygresja_2), zrealizowana kuchnia spełnia wszystkie nasze oczekiwania. Może sama się nie sprząta i nie gotuje, ale robi się epicentrum życia w domu.

P.S. Jeśli ktoś się zastanawia, czy warto mieć w domu szuflady – 3xTAK!

Panie i Panowie, zapraszam do mojej kuchni. Obiecuję, że to już ostatni (chyba) artykuł na jej temat. Ja tymczasem z utęsknieniem czekam na elektrycznego Gandalfa…

Życzę wszystkim szybkiej, ciepłej i zdrowej wiosny! Kaśka

Zapytaj o swój projekt

CZEGO POTRZEBUJESZ?

Współpracuję zarówno bezpośrednio, jak i zdalnie. Każdy temat to też odrębna historia, dlatego projekty wyceniam indywidualnie. 

Zapraszam do INOUT.

2020-03-03T12:42:35+00:00

Dzień dobry

Serdecznie ZAPRASZAM do wizyty na blogu.  Artykuły będą pojawiać się regularnie.

Masz pomysł na wpis? Wszystkie sugestie dotyczące przyszłych tematów mile widziane.

Ostatnie posty