Płać mniej, czyli sami damy radę!

 Jest wtorek, popołudnie, saga z remontem w roli głównej trwa, a ja wciąż nie wiem, czy będzie happy end…

Mamy to! Tak jakby…

Pod dwóch latach negocjacji między architektką a klientką w jednej osobie zasłużyłam na miano najtrudniejszej klientki i o mało nie doprowadziłam do zwolnienia klientki przez architektkę. Dwa tygodnie temu nastąpił jednak zakup mebli w odcieniach butelkowej zieleni, śmietany i drewna w szwedzkiej świątyni designu. Tak! Projekt kuchni poszedł do realizacji.

Zamówienie przyjęte, kasa wydana, pozostaje tylko czekać…

Gdzie ci packersi?

Tydzień. Tyle musiałam wytrzymać. Taki czas przeznaczyliśmy na przygotowanie pomieszczenia pod nowe meble. Zaczęło się odliczanie do dnia, w którym jak w reklamie mentosów pod domem miała zjawić się grupa muskularnych tragarzy w robotniczych ogrodniczkach, którzy z niemal nabożną uwagą będą wnosić 108 paczek na drugie piętro.

Z takim wyobrażeniem mijał tydzień, podczas którego stare meble powoli wyparowywały. Fronty, płyty i blaty lądowały w piwnicy, aby zrobić miejsce dla nowego cudeńka. Trzeba było przerobić elektrykę, zamontować lampy, przesunąć gniazdka, zakryć kaloryfer, powiercić, trochę pogipsować, poszlifować i odmalować.

Najtrudniej było doczyścić okno – brud pamiętał chyba święta z 2018 roku. Wszystko szło jak po maśle, byliśmy na fali – bez cienia żalu wywalając stare i przygotowując się na nowe. Nikomu nie przeszkadzał brak zlewu, prowizoryczne szafki z talerzami w przedpokoju i sterty naczyń w łazience. Przecież będzie lepiej!

Wtorek!

Tuż po 15 odebrałam telefon, że jadą! Jak wcześnie! Jak fajnie! Jak dobrze, że nie o 20! Ile będzie czasu na skręcanie! Szybciej się skończy! No bo przecież nie zapłaciliśmy szwedzkiej świątyni designu 1500 zł za montaż mebli! Nigdy! My sami!

Przed 16 biały rumak zgrabnie zaparkował na parkingu, a ja z wypiekami na twarzy w totalnym uniesieniu zamaszyście machałam upaćkaną w farbie ręką do dwóch szlachetnych rycerzy, którzy za kilka stówek przywieźli i wniosą moje cudo do ciepłego domku. Serwując swój najradośniejszy uśmiech, najczulej zapraszałam lekko onieśmielonym moim wybuchem radości do środka. To nic, że nie mieli ogrodniczek! To nic, że nie przypominali kulturystów od mentosa! Byli!

Kiedy pierwszy z nich wdrapał się na drugie piętro i przywitał się ze mną jakby po śląsku, rozpoczęła się realna walka o upchanie 108 pudeł w korytarzu. Panowie kursowali z prędkością torpedy, a ja widziałam, jak mój dom zamienia się w skład. Życie mnie dogoniło, bajkowy etap oczekiwania minął, zaczynała się część praktyczna przedsięwzięcia. Na pożegnanie pan spytał, czy ktoś od nich będzie składał meble. Kiedy zaprzeczyłam, tylko westchnął, z całego serca życzył mi powodzenia i poszedł.

Tryb Lego

I zaczął się etap rodem z dnia świstaka. Przez kolejne 3 dni rosły stosy kartonowych pudeł, a ścieżki w domu były coraz węższe. Dzień zaczynał się od sprzątania, a kończył na wkrętach, kołkach, instrukcjach, frontach, płytach, wiertarkach, śrubokrętach, wkrętarkach, zawiasach, szufladach i prowadnicach. Bieganie, siłownia, długie kąpiele i Netflix musiały poczekać. Moja firma musiała poczekać! Liczyła się tylko kuchnia – trzeba było ogarnąć 108 paczek, ponad pół tony materiału… Codziennie w każdej wolnej chwili składanie i skręcanie.Do tego ciało przedszkolaka postanowiło w środę kaszleć cały dzień, zatem wymagało przytulania. Na szczęście w czwartek przestało. Szliśmy naprzód!

Jako pierwsza stanęła część z blatem roboczym i szufladami. Zrobiło się fajniej. Potem powstała moja ukochana witryna na szkło oraz obudowa lodówki. Zaczęło się układanie sprzętów w szafkach. Pojawił się też pierwszy front w kolorze butelkowej zieleni. Pogłaskałam go, przywitałam w nowym domu, wytarłam z kurzu i wyobraziłam sobie resztę. O-sza-la-łam!

Aż nastał czwartek

Stało się jasne, że etap pierwszej radości minął. Wciąż mogliśmy na siebie patrzeć, wciąż cieszyła nas robota, ale w mojej głowie zaczął pojawiać się głos pana ze szwedzkiej świątyni designu – „Nasze ekipy składają takie meble w góra dwa dni”. Kurczę, to tylko 1500 zł… W domu nastał czas „tuż przed wybuchem”. Stosy pudeł i narzędzi przestały sprawiać wrażenie pracowni i artystycznego nieładu, a stały się wszędobylskim i niekończącym się syfem. Kiedy nie dało się już dojść do łóżka i szafy, a dzieci niemal wpadły w chorobę sierocą, nastał czas na decyzję – przyspieszamy albo umieramy. Trzeba to wreszcie skończyć! Tak się nie da żyć! Ja chcę moją zmywarkę! Jak ja nienawidzę myć naczyń w łazience! No i gdzie jest lakier z moich paznokci!

Trzeba było pokonać ostatnią przeszkodę na drodze do happy endu – gaz. O ile hydraulika poszła gładko, o tyle znalezienie gazownika na już w czwartek okazało się abstrakcją. Trzeba było przeczekać weekend – dwa długie, bardzo długie, cholernie długie dni. Na szczęście w tym czasie zawisły szafki, więc całość nabrała niemal ostatecznej formy.

Gdzie jest poniedziałek ?!

Rano byliśmy już umówieni z panem od gazu. Byłam szczęśliwa – wkrótce kuchnia będzie gotowa. Przed 17 poleciałam z moją E.na siłownię ze świadomością, że o 18 przybędzie profesjonalista, podłączy co trzeba i będziemy finiszować. Czysta radość! Jak na skrzydłach wpadłam do domu przed 19, spojrzałam w uwaloną wiórami twarz pana męża i zgasłam… Gazoman bezczelnie nas olał. Nie dość, że nie przyszedł, to zapomniał nas poinformować, że nie przyjdzie, nie odpisywał też na smsy ani nie odbierał telefonu. Parafrazując klasyka, nie było w słowniku ludzi kulturalnych słów, które w wystarczająco obelżywy sposób mogły opisać emocje, które mną targnęły. No nie było i już!

Kiedy adrenalina spadła do poziomu, który umożliwiał trafianie palcami w klawiaturę, zaczęłam wszystko opisywać. Od rana gazoman również był nieosiągalny. Ptaszki ćwierkają, że podobno on tak ma…

Znowu wtorek

Pierwszy raz w życiu robiliśmy remont tak ważnej przestrzeni w domu, mieszkając w nim. 1500 zł zostało w portfelu, choć trzeba było pożyć kilka dni w trocinach i kartonach. Przy okazji okazało się, że nie jesteśmy tak szybcy w składaniu mebli jak ekipa ze szwedzkiej świątyni designu. Mimo to powtórzyłabym ten scenariusz. Niemal samodzielnie wykonany remont kuchni ma wielką zaletę – stopniowo przyzwyczajamy się do nowego wnętrza. Meble pojawiają się etapami, powoli w szafkach i szufladach zadomowiają się naczynia, a więc jest czas, aby oswoić się z nowymi lokalizacjami i układem. Z każdym dniem i sprzętem kuchnia staje się coraz bardziej swojska. Mnie to odpowiada. Bardzo.

Nikt w trakcie remontu nie zginął ani nie zaginął. Przedszkolak przez tydzień bawił się kartonami, tworząc z nich sławkowski manhattan. Dzieciaki w obliczu remontowej izolacji rodziców musiały zawrzeć pakt umożliwiający im przetrwanie. Co więcej, każdą zmianę przyjmowały z pełnym entuzjazmem. No i nikt nie kazał im sprzątać pokoju przez dwa tygodnie.

Minęło południe, kończę pisać artykuł, nowi panowie od gazu mają być późnym popołudniem. Tym razem powinien być gazowy happy-end … A potem tylko montaż zlewu, blatu, paneli maskujących. Stanę się posiadaczką nowiutkiej, funkcjonalnie przemyślanej, estetycznie obłędnej kuchni. Pora otwierać wino?

Niech Wasze przygody z remontami zawsze kończą się happy-endem! Ściskam, Kaśka

P.S. Instrukcja działania dla niesłownych fachowców

Proszę państwa, skoro ogłaszacie swoje usługi, odbieracie od ludzi telefony i umawiacie się z ludźmi na godziny (a więc ktoś was wybrał i wam zaufał), zachowujcie się profesjonalnie. Ludzie czasem zwalniają się z pracy albo załatwiają opiekę do dzieci, aby się z wami spotkać.

Jeśli nie możecie stawić się w umówionym terminie, napiszcie chociaż smsa do klienta z informacją o zmianie.  To jest prosta czynność – wystarczy znaleźć telefon, odblokować go, napisać wyczerpujące „Dziś nie dojadę. Zadzwonię jutro. Przepraszam.” i nacisnąć przycisk Wyślij.

Nawet jeśli klient się wkurzy, wciąż będzie czuł się jak człowiek. Zdecydowanie odradzam ordynarne olewanie klienta, a potem unikanie kontaktu – tchórzostwo nie jest profesjonalne. Poza tym jest zbędne, generuje masę złych emocji. I jest niezmiernie słabą reklamą usług.

Masz jakieś pytania?

POTRZEBUJESZ WIĘCEJ INFORMACJI?

Napisz. Zapraszam do INOUT.

2020-02-04T15:05:24+00:00

Dzień dobry

Serdecznie ZAPRASZAM do wizyty na blogu.  Artykuły będą pojawiać się regularnie.

Masz pomysł na wpis? Wszystkie sugestie dotyczące przyszłych tematów mile widziane.

Ostatnie posty